Gdy umierają legendy.

A może tytuł powinien brzmieć: nowych muzycznych legend już nie będzie?

Piotr Siwiński
3 min readApr 26, 2016

--

W zeszłym tygodniu dopadła nas szokująca wiadomość, kolejna legenda muzyki, Prince, odszedł do wieczności. Nie powiem, przy jego utworach swoje wyskakałem, zauważyłem, że całkiem niedawno coraz więcej było go widać w telewizji i słychać w sieci, że aż dziwnie pomyśleć, że się więcej nie ukaże. Zapewne jednak wiele razy go jeszcze usłyszmy, pewnie nawet jakieś nowe piosenki, tak jak pośmiertnie wydają Elvis, Tupac i MJ. I jak generalnie każda śmierć, z natury, powinna wzbudzać do refleksji nad życiem(?), tak mnie ta śmierć pobudziła do refleksji nad współczesną branżą muzyczną, czego owocem było wypowiedziane przeze mnie zdanie:

Nowych muzycznych legend już więcej nie będzie!

Odważne — to akurat była druga myśl — i smutne zarazem, ale przyglądając się obecnemu rynkowi muzycznemu, nie widzę nikogo, kto by mógł zrobić koncert na Wembley, o którym będą mówić przez kolejne dwadzieścia lat (no dobra chociaż dziesięć), kogoś, kto będzie namiętnie coverowany, wykona się z nimi tony wywiadów, a ludzie podczas niedzielnego relaksu będą wrzucać płytkę do odtwarzacza, by z całą rodziną nucić przez kolejny tydzień piosenki i ballady, które nie chcą wyjść z głowy po dobroci.

Kolejnym natchnieniem do tej myśli, było to, że niejaka Selena Gomez, lat 23, dostanie już swoją filmową biografię, co wgryza się lekko w dzisiejszy schemat szybkiego pojawiania się na scenie i szybkiego znikania bez echa niebawem. Nie pamiętam już, by na przestrzeni kilku lat pojawił się nowy Kazik, Peja, Niemen, Janerka, Pink Floyd, Queen, Sex Pistols, Jimi Hendrix lub inni tzw. wielcy. Widząc tą tendencję nie pojawiania się, przestaję się dziwić, że jak któryś z nich umrze, to jeszcze wydaje płyty zza grobu. Po prostu był dobry, jak nie najlepszy w swoim gatunku.

Pisząc swego czasu recenzje płyt co dopiero wschodzących gwiazd polskiej muzyki, byłem pod wrażeniem pomysłów jakie to pojawiały się w głowach młodziutkich artystów: jedni nagrali całą płytę w synagodze w Gdańsku, inny przebrał się za wielką małpę, są i tacy co grają perfekcyjnie klasyczne i depresyjne disco, mamy rodzimy wokal niczym Portishead a także przedstawiciela muzyki noise, który robi to dobrze. Wielu z nich nigdy nie będzie Ci dane usłyszeć w mediach, o niektórych usłyszysz ale wiedz, że żeby tam się pojawić musieli zrezygnować z wielu szalonych pomysłów, pomysłów na siebie. I pewnie już się nie dowiedzą, że jakby uparcie trwali w swojej oryginalności, to czy za dwadzieścia lat nie powstałoby mnóstwo coverów i filmów dokumentalnych o ich życiu.

Przykre to troszeczkę. Ale jestem w stanie zaryzykować stwierdzenie, że dzisiejsze realia szołbizu nie pozwalają zaistnieć nowym legendom, gdy te, które są i których każdy człowiek na świecie, choć raz, usłyszał jeden utwór z repertuaru, niebawem odejdą.

A może to my, konsumenci, jesteśmy autorami tej smutnej rzeczywistości i mając swobodny dostęp do treści nowych, oryginalnych, w większości i tak wybieramy komercyjnych dostawców treści i w tym pędzie codzienności, kupujemy najnowszą płytę Michaela Jacksona i covery Elvisa? Nie zapominając przy tym o tych co byli, nie dając miejsca dla tych co chcą być, a przemijają, publicznie, szybko.

Prince, +21.04.1016

--

--

Piotr Siwiński

Humanista w świecie IT. Kochający opowiadać mówiąc, pisząc i fotografując. Projektant rzeczy użytecznych. Niepoprawny realista w rogowych okularach.