Czy rezygnując ze wszystkiego naprawdę odpoczniesz?

Piotr Siwiński
4 min readFeb 3, 2017

Od razu odpowiem, czyli tl;dr, srutu tutu, nie odpoczniesz (badabuuum tsss, aha i proszę wydać dźwięk paszczowo i głośno, nawet jeżeli czytasz ten tekst w knajpie).

Ale, od początku…

Przez kilka lat byłem mocno oddany różnym zajęciom (w końcu humanista w świecie IT), co najlepsze niektóre były z totalnie różnych bajek, więc ani na nudę, ani na brak urozmaiceń nie mogłem narzekać. Generalnie, w ogóle nie narzekam. Nie będę też ukrywał, że bardzo często wkradał się chaos i powszechnie znana wszystkim dezorganizacja czasu albo inaczej, brak jakiejkolwiek organizacji czasu, co potrafiło sprawić kłopoty lub spowodować tygodniowe siedzenie na kanapie z pilotem w ręku jako zrezygnowanie i totalny bunt do zaistniałych sytuacji.

Jeżeli bywa tak coraz częściej i zaczynają to odczuwać twoi bliscy, zatem przydałby się jakiś reset.

Reset.

Wielka chwila narodzin drugiego syna zbliżała się niebłagalnie szybko. Czas ważnych decyzji, strategii, strachu i euforii, wielkich przygotowań, remontów i rozplanowywania życia. Idealny moment na układanie wszystkich spraw. W szczególności tych dodatkowych.

Po głębszych refleksjach i rozmowach z moją szacowną małżonką, doszliśmy do wniosku, że mógłbym odpocząć. Totalny reset, bez nawet chwili zastanawiania się nad nowymi pomysłami czy realizacjami. Aby zwiększyć pole rażenia, stwierdziłem, że nawet nie będę robił notatek na później, bo ma być fair. Brzmi jak wyzwanie, a nawet jak niezły eksperyment.

Ten dzień nastąpił, był październik, mam syna, nie tworzę nic.

Pierwsze chwile…

… są super! Można się stuknąć browarkiem.

No nie można, bo dzieci, nocne karmienia… no sami rozumiecie. Nawet nie tęsknisz za wyzwaniami, a jeżeli ogłosiłeś wszędzie gdzie się da całkowity urlop do niewiadomo kiedy, to nawet nikt nie dzwoni, by nie rozpraszać. Odpoczywasz. Wszystko dzieje się zwyczajnie: praca, dom. Oczywiście, praca na tym nie cierpi. Jak wspominałem, musi być fair.

Lecz już po pierwszym miesiącu zaczynają się schody…

Tęsknoty.

Chyba zawsze przerażała mnie wizja, najgorszego z możliwych, kryzysu wieku średniego, kiedy człowiek pełen niespełnionych marzeń, siedzi przed telewizorem pusty. Ani nie słucha, ani nie ogląda, ani nie rozmawia… po prostu tęskni. Czasami nawet już nie pamięta za czym. U trzydziestolatka ponoć niedopuszczalne…

Ponoć…

Niedopuszczalne…

Chyba, że nie robisz nic i nie dopuszczasz do siebie myśli, że mógłbyś coś zrobić, stworzyć, napisać, zmontować, rozmontować, poprowadzić, zakodować. Skoro nie dopuszczasz myśli, to uruchamia się jakiś dziwny proces tęsknoty za niczym, która jak robak zaczyna zżerać cię od środka.

Ale jestem twardy. Postanowione i koniec.

Im bardziej twardy, tym bardziej nerwowy. Im bardziej nerwowy, tym mniej do zniesienia. Można uznać to za efekt odstawienia. Po kilku dniach minie.

Nie mija. Narasta.

Zaczynam żałować tych wszystkich mężczyzn siedzących na kanapie. Siedzących w swoich bezradnościach i tęsknotach z myślą, że już nic, nigdy i “eee tam, gdzie ja? nie nadaję się już do tego i tamtego”. Siedzących w alternatywnych historiach swojego życia, które rysują się za każdym razem, kiedy zanurzają się w swoje kapcie, a strzelba z której polowali na dzika kurzy się niemiłosiernie. Zgaszonych, bez euforii czy radości w sercu, zamknięci w codzienności bez wyzwań, no chyba że zmianę baterii w pilocie i uprzykrzanie życia sąsiadom (bo gdzieś musi ujść para frustracji) możemy nazwać wyzwaniem.

Nie odpoczywam.

Już dość.

Po trzech miesiącach nie jestem w stanie wytrzymać i coś sobie uświadamiam. Reset mogę ustawić, owszem, wymaga to męskiej i twardej decyzji, by zastopować wszystko, ale nie mogę żyć w zawieszeniu. W końcu lekarze zawsze mówili, że najlepszy jest odpoczynek czynny a nie bierny (od biernego się tyje - złośliwie od autora). Trzeba wcisnąć reset, zweryfikować wszystko co się robiło do tej pory i powoli jednak wracać do swoich zadań, zaczynając od tych najważniejszych, a odrzucając te najmniej potrzebne i wartościowe. Trzeba być przy tym bardzo cierpliwym. Nagrodą jest to, że zaczynasz się znowu cieszyć małymi rzeczami, że każdy malutki kroczek sprawia ci frajdę, a twój umysł jest znacznie odświeżony. Okazuje się, że możesz biec szybciej i nie zaniedbujesz przy tym obowiązków domowych. Ba, nawet je w pewnym sensie urozmaicasz. A przede wszystkim odpoczywasz.

Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że opisana przeze mnie historia jest jednym z wielu scenariuszy i zbawczym może być dla niektórych osób totalne wyłączenie i leniwy, bezwzględny, dłuższy wypoczynek. Wierzę też, że będąc żywymi osobami, tzw. nic i ogólnie pojęta nuda, śmiertelnie, w powolny, sadystyczny sposób, wykańczają.

Dziś jest mój dzień powrotu do pisania. Jeżeli dotrwałeś do końca tej historii i nie zraził cię na wstępie mój tl;dr to znak dla mnie, że jeszcze do końca nie wypadłem z wprawy pisania, a i być może sprzedałem ci, kosztem cennego czasu, fajną poradę.

Od autora na koniec.

Staraj się siadać na kanapie tylko dla fajnego filmu, gry, czy rozmowy z najbliższymi. A jeżeli dopadnie cię pusta tęsknota i zrezygnowanie dyktowane przez “nie da się” i “to już nie ja” wiedz, że małymi krokami zawsze “da się” i że to ciągle jednak jesteś TY.

--

--

Piotr Siwiński

Humanista w świecie IT. Kochający opowiadać mówiąc, pisząc i fotografując. Projektant rzeczy użytecznych. Niepoprawny realista w rogowych okularach.